do góry

Publikacje

powrót do listy

Kosztowny biznes na winoroślach


Gdyby przepisy sprzyjały, a nie utrudniały pracy winiarzom,Podkarpacie mogłoby stać się regionem słynącym z uprawy winorośli

        Produkcji wina może się podjąć każdy, kto tylko znajdzie w sobie pasję i może pochwalić się pokaźnym portfelem, bo bez stu tysięcy nie ma się co pchać w ten interes. Jednak ten nietypowy i ryzykowny biznes, nie dość, że ciągle jest narażony na klęski żywiołowe, to pierwsze dochody może przynieść dopiero po pięciu latach. Mimo to właśnie Podkarpacie jest tym regionem Polski, w którym produkcja wina rozwija się najdynamiczniej.

- Każdy może podjąć się produkcji winogron, ale ważną rzeczą jest cel – czy pójdą one na przerób wina, sok, inne przetwory czy na sprzedaż bezpośrednią – tłumaczy Jan Lubera, prezes Stowarzyszenia Winiarzy Podkarpacia. – Najbardziej intrygująca w tym wszystkim jest sama produkcja wina, ale to jest bardzo złożony problem. Wystarczy sobie wyobrazić, że nasi zachodni sąsiedzi rozwijali winiarstwo setki lat. Rodziny z pokolenia na pokolenie przekazywali tajniki i sekrety charakterystycznego smaku wina. Może i u nas kiedyś będzie taka tradycja… - rozmarza się Jan Lubera.

 

Tyle wysiłku, tyle mozołu...

 

        Jak trudna jest produkcja wina, wystarczy zobrazować na przykładzie produkcji zwykłego wina stołowego. Po pierwsze, trzeba sprowadzić szczep z zagranicy, np. regent (który wytrzymuje mróz do 25 stopni), po drugie wsadzić go w odpowiednią ziemię (gliniasta, ilasta, kamienista, lessowa, czarnoziem). Wino może całkowicie zmienić swój charakter w zależności od tego, w którą z tych gleb wsadzimy szczep.

        Wiele zależy też od danego siedliska (terror), które tworzy charakter wina, np. miejsca oddalone na tej samej działce od siebie o sto metrów mogą mieć różne siedliska i w rezultacie z jednej plantacji wyjdą różne wina. - Jeżeli kupiliśmy szczep regenta, z którego można zrobić wino jakościowe, nie znaczy, że akurat u nas ono wyjdzie – mówi Jan Lubera.

        W doskonałej glebie przy swoim domu posadził swe sadzonki w 2001 roku Wiktor Szpak z Jareniówki koło Jasła. W Jareniówce gleba jest bardzo chłonna, leciutka i głęboka. Woda po deszczu szybko wsiąka, ale nie ma suchego piachu na powierzchni, ta ziemia rozpuszcza się przy każdym deszczu niczym kostka cukru w wodzie. Takie podłoże jest idealne do uprawy winnego krzewu, który korzenie zapuszcza nawet na kilkanaście metrów. Dziś Winnica Jasiel Elwiry i Wiktora Szpaków jest jedną z najbardziej znanych nie tylko na Podkarpaciu. Znany ekspert w dziedzinie wina, Włoch Mario Crosta, powiedział o winnicy Szpaków: „Czystość i higiena, które zastałem u nich, zarówno w zabudowaniach, jak i w winiarni, są naprawdę wzorcowe”. Włochowi bardzo spodobała się podjasielska winnica, a jedno z wina tak posmakowało, że chciał kupić go w każdej ilości. Niestety, nie mógł, gdyż z polskiego wina nie można tak po prostu sobie kupić.

 

Na dobre wino trzeba czekać pięć lat

        Z 1 ha można uzyskać 6 tysięcy litrów wina. Jednak żeby je wyprodukować trzeba mieć około 12 specjalistycznych fermentatorów o pojemności minimum 500 litrów. Każde takie urządzenie kosztuje od 3 do 5 tys. zł. Potem trzeba kupić specjalistyczne prasy w cenie 2 tys. zł i młynki (2 – 3 tys. zł). Natomiast samo założenie hektara plantacji kosztuje około 35 – 40 tys. zł – Do tego dochodzą paliki, ogrodzenie i cała infrastruktura. Czyli bez stu tysięcy nie ma co zaczynać tego biznesu – mówi Jan Lubera. – Ale wielu członków naszego stowarzyszenia tak robi. Zaczyna od małych ilości, stopniowo powiększając działki.

        Inwestując tyle kasy w ten biznes, dopiero po minimum trzech latach można spodziewać się pierwszych zbiorów. Ale na dobre wino trzeba poczekać pięć lat! – Po tym czasie już możemy oczekiwać dochodów, oczywiście, jeżeli będzie rynek zbytu. A trzeba zaznaczyć, że w Polsce na razie wina nie można sprzedawać – zaznacza prezes podkarpackiego stowarzyszenia. – Do tego biznes od początku narażony jest na klęski żywiołowe.

 

Uprawienie winorośli nie może być dodatkowym zajęciem

        Koszty są olbrzymie od początku. Dużym problemem jest dojrzewanie owoców. Z tych, które dojrzewają od początku września do października, można już zrobić wino, ale wystarczy tylko, że przyjdzie mróz i winogrona kończą proces dojrzewania. Straty są też inne. Nie dość, że 500-litrowa beczka wina może się zepsuć (traci się 7-10 zł na litrze), to dochodzą jeszcze koszty zbudowania piwnicy oraz koszty zakupu beczek (200-litowa to 800 zł), które starczają na 2 – 3 lat, bo potem niknie aromat beczki. A jak się okaże, że wino jest złe, to traci się wszystko i trzeba inwestować od początku!

        - Jeśli wszystko zagra, za pięć – siedem lat ta winnica zacznie przynosić spore dochody – dodaje prezes. – Ale pracy przy niej jest mnóstwo. Trzeba rzucić wszystko, bo uprawy winorośli nie można traktować jak dodatkowego zajęcia. Ale zachęcam każdego, kto ma pieniądze i pasję, żeby się tym zajął.

        Czym różnią się polscy producenci win od swoich zachodnich kolegów? – Zachodni producenci win głośno mówią o swoich produkcjach, oczywiście zachowując pewne tajniki, u nas producenci nie mówią nic na ten temat. Dla nich jest to tajemnicą, bo każdy z nich sam zdobywa tę wiedzę i jeszcze wydaje na to pieniądze. Nie chce zdradzać za darmo tej wiedzy – przyznaje Jan Lubera.

        Pasjonaci uprawy winorośli porównują sadzonkę do człowieka. Dlaczego? Winorośl żyje jak człowiek, czyli około 60 -80 lat, po pięciu latach pojawiają się owoce dobrej jakości. W wieku 20-30 lat (w tym etapie człowiek jest najbardziej aktywny) wino wydaje najlepsze owoce. – Winorośl i wino też chorują, podobnie jak człowiek – tłumaczy prezes Lubera.

Nowa ustawa daje nadzieję

 

        Żeby produkowane polskie wino wino mogło być sprzedawane, konieczne jest opłacanie tzw. składników podatkowych, na które naszych winiarzy po prostu nie stać. Prawo jest zbyt restrykcyjne. Każdą czynność trzeba wykonywać pod dozorem urzędu celnego, a oprócz tego złożyć zabezpieczenie w wysokości kilkudziesięciu tysięcy złotych na koncie tegoż urzędu!

        Nadzieję jednak daje przygotowywana ustawa akcyzowa, w której winiarze zajmują „mały kawałek treści”. Gdyby wszystko potoczyło się po ich myśli, ustawa umożliwiałaby produkcję wina do tysiąca hektolitrów pod warunkiem, że producent będzie wytwarzał je z własnych winogron. Jednak nawet wtedy wina z Podkarpacia nie będzie można znaleźć na półkach marketów, gdyż w porównaniu ze sprowadzanymi z zagranicy napitkami byłoby znacznie droższe. Za to będą mogły legalnie pojawiać się w gospodarkach enoturystycznych (zajmujących się turystyką związaną z winem).

 

autor: Katarzyna Drążek 

Super Nowiny

4-6 maja 2007